FiM – Wakacje pedofila

Podczas niedawnej pielgrzymki do Australii Józef Ratzinger, bardziej znany jako papież Benedykt XVI, oznajmił światu, że Kościół katolicki już nigdy więcej nie będzie tolerował w swoich szeregach pedofilów w sutannach. Kłamał! Mamy na to dowód, bo właśnie odnaleźliśmy „na końcu świata” naszego starego znajomego księdza Wincentego Pawłowicza.

Pedofilskiego maniaka brutalnie gwałcącego małych chłopców, którego wsadziliśmy do więzienia. Wyszedł. Ma się świetnie, bo opiekuje się nim „matka przenajświętsza”, czyli Kościół. Sutanny nie zrzucił. Jeśli zrzuca, to zapewne w celu kolejnych zboczonych praktyk.

Nim opiszę, gdzie i jak odnaleźliśmy łobuza, przypomnijmy pokrótce jego historię.

Jest rok 2002. Otrzymujemy w redakcji „FiM” sygnały, że w małej podłódzkiej wiosce Witonia grasuje pedofil w sutannie. Rozpoczynamy więc dziennikarskie śledztwo. Nie ułatwia nam go ani policja, ani prokuratura. Wręcz przeciwnie…

A jednak zwykli ludzie, ci, którzy co niedziela chwalą Boga w miejscowym kościółku, przerywają milczenie. Ich opowieści są straszne. Oto jedna z nich:

Na stanowisko wikarego w tutejszej parafii zostaje przyjęty młody ksiądz. Nazywa się Wincenty Pawłowicz. Już na dzień dobry nowy wikary zapowiada rewolucyjne zmiany w kształceniu tutejszych dzieci (nikogo na razie nie niepokoi, że chodzi wyłącznie o chłopców). „Internet, oto jest przyszłość edukacji!” – entuzjazmuje się ksiądz i zapowiada, że na plebanii uruchomi pracownię komputerową. I dotrzymuje słowa. Ludziska są zachwyceni.

Witońskie, wiejskie dwunasto i trzynastolatki są w siódmym niebie i coraz więcej czasu spędzają przed plebanijnymi komputerami. Tylko że rodzice zauważają w zachowaniu swoich pociech daleko idące zmiany: chłopcy są zdumiewająco małomówni i nieswoi. Wieś zaczyna szeptać, że na plebanii dzieje się coś niedobrego, jednak na szeptach się kończy, bo nikt nie jest na tyle odważny, aby wprost zapytać Pawłowicza, czego uczy dzieci w godzinach późnowieczornych.

W końcu jednak matka jednego z chłopców nie wytrzymuje. Jej dwunastoletni syn poszedł na plebanię zaraz po szkole i do tej pory nie wrócił. A jest 23. Kobieta decyduje się pójść po dziecko. Na pukanie do plebanijnych drzwi nikt nie odpowiada. Naciska klamkę – otwarte, wchodzi więc do środka. Z pokoju obok słyszy odgłosy muzyki. Tam kieruje kroki.

Widok, który staje się jej udziałem, zapamięta do końca życia: w obszernym łożu leży nagi Wojtek, jej syn. Ksiądz wikary odbywa z nim stosunek doodbytniczy. Przerażona kobieta dostrzega jeszcze, że na statywie obok łóżka ustawiona jest kamera i halogenowy reflektor. Trwa realizacja pornograficznego, pedofilskiego filmu z udziałem dziecka.

###

W Witoni zaczyna wrzeć. Inne matki przeprowadzają rozmowy ze swoimi synami i makabryczna prawda trafia nareszcie do świadomości mieszkańców wioski: to nie był tylko Wojtek i to nie był tylko ten jeden raz. Było wiele razy i wielu chłopców.

Przed parafią zatrzymuje się policyjny radiowóz z ekipą śledczą, ale… funkcjonariusze nie wchodzą do środka. „Nie wpuszczę was – mówi ksiądz proboszcz – bo biskup zabronił, a w ogóle to Pawłowicza już tu nie ma, bo został przeniesiony na inną placówkę”. Na jaką? Pleban nie ma pojęcia. A gdzie są kamery i nagrania wideo? Zostały zabrane przez pracowników biskupa.

Kilka dni później rodzice molestowanych dzieci jadą do kurii na jej zaproszenie. Przyjmuje ich sam biskup Orszulik. O czym rozmawiają, nie wiadomo, a jednak staje się rzecz niesłychana: następnego dnia wszyscy rodzice i ich dzieci wycofują swoje zeznania. Prokuratury to nie niepokoi ani trochę i z ulgą umarza śledztwo.

W tym miejscu wkraczamy my. Doprowadzamy do wznowienia prokuratorskiego postępowania, a nawet ujawniamy kolejne makabryczne fakty. Takie na przykład, że ksiądz Pawłowicz nakręconymi przez siebie pedofilskimi filmami wymieniał się w internecie z innymi zboczeńcami. Ale jest jeszcze potworniejszy aspekt tego horroru. Zdobywamy potwierdzone ponad wszelką wątpliwość informacje, że wikary z Witoni wypożyczał „swoich” chłopców innym księżom. W tym celu woził ich do wynajętego domu w woj. zachodniopomorskim.

No tak… jest śledztwo, są nowe dowody, tylko oskarżony się ulotnił. Prokuratura rozkłada ręce. Ale nie my. Odnajdujemy zboczeńca ukrytego przez biskupa na plebanii w Lubochni. Robimy mu zdjęcia. Policja jedzie na miejsce i… Pawłowicza już tam nie ma. Znów gdzieś został przeniesiony. Gdzie? Miejscowy proboszcz nie ma zielonego pojęcia. „W tej sytuacji jesteśmy bezsilni” – tłumaczą się policjanci. Ale my bezsilności nie lubimy i znów odnajdujemy pedofila. Tym razem w Domu Księdza Seniora w Sochaczewie. Jest tak głęboko zakonspirowany, że nie wolno mu nawet podchodzić do okna. A jednak dzięki pewnemu przyzwoitemu księdzu potwierdzamy miejsce jego ukrycia.

W tym momencie Pawłowicz znika na dobre. Szukamy go ponad pół roku. I znajdujemy… W Żytomierzu na Ukrainie. W tamtejszym klasztorze.

Powiadamiamy prokuraturę. Ta wystosowuje list gończy. Pawłowicz dowiaduje się o nim, a także o fakcie, że tylko godziny dzielą go od aresztowania przez ukraińską milicję. Wobec powyższego dochodzi do słusznego wniosku, że lepiej siedzieć kilka lat w polskim więzieniu niż miesiąc w ukraińskim areszcie. Jedzie więc czym prędzej w kierunku polskiej granicy, na której zostaje aresztowany. Jakiś czas później zostaje skazany na 2 lata więzienia i zakaz pracy z dziećmi. Karę odbywa w ciężkim więzieniu w podrzeszowskim Załężu. Wychodzi na wolność i… słuch po nim ginie. I tu następuje historii część druga.

###

Ileż to razy zastanawialiśmy się w redakcji, co się stało z antybohaterem naszych licznych publikacji. Z księdzem, którego udało nam się wsadzić za kratki. Minęło kilka lat. Aż tu dostajemy e-maila od pewnego księdza. Od razu oznajmia, że nie jest naszym czytelnikiem, ale draństwa nie cierpi. W związku z tym chce nas poinformować, że Wincenty Pawłowicz został ukryty przez Kościół znów gdzieś na Ukrainie. Bardzo daleko. Gdzie, nie ma pojęcia, ale zaklina się, że jego wiadomość jest pewna. Rozpoczynamy poszukiwania, w których pomagają nam Czytelnicy z Dębicy – rodzinnego miasta zboczeńca. Trwa to kilka miesięcy i… bingo! Oto dowiadujemy się, że w kościele w Tuchowie (koło Tarnowa) gościnnie odprawiał mszę fetowany przez tamtejszego proboszcza i wiernych ksiądz Wincenty Pawłowicz – misjonarz z dalekiej Odessy. Sprawdzamy. A jakże! Ten sam on ci… Po opuszczeniu więzienia Kościół absolutnie nie wydalił ze swoich szeregów, jak zapewniał papież, nie odizolował nawet od dzieci; tylko wysłał na misję nad cieplutkie Morze Czarne. Cudowne plaże, wspaniały klimat i wielu, bardzo wielu małych miejscowych chłopców, z którymi dewiant jest często widywany podczas spacerów na odeskich bulwarach. Nieustające wakacje!

Gdyby ktoś chciał złożyć uszanowanie księdzu Wincentemu Pawłowiczowi albo wysłać do niego list, to adres ma on obecnie taki: ulica Paustowskiego 2a, 65-111 Odessa.

Wiesław Mazur– polski konsul generalny w Odessie, obiecał redakcji „FiM”, że polska placówka dyplomatyczna bacznie przyjrzy się działalności misjonarza. Tym baczniej że od pewnego czasu na temat tego osobnika docierają do konsulatu niepokojące informacje.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 22(482)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: