Na polski klerykalizm i święty Boże nie pomoże

Bywa nieraz, że stajemy w obliczu prawd, dla których brakuje słów – powiedział Jan Paweł II.

Może Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie, która inspirowała, wymuszała, a przede wszystkim przyzwalała na sadystyczne praktyki starszych wychowanków wobec młodszych w zabrzańskim sierocińcu boromeuszek. Ale tym wszystkim, którzy ją kryli, nie powinien.

Zamiatanie takich spraw pod sutannę to polska specjalność.

Samorządowcy wspólnie z kuriami robią tzw. miejskie imprezy, urzędnicy biegają do biskupów na kawę, dyrektorzy szkół i rektorzy uczelni ściągają księży na poświęcenie sal informatycznych i wind, burmistrzowie i sołtysi pchają się w niedzielę do pierwszych ławek, żeby ich zobaczył proboszcz.

Nauczyciele i pracownicy kuratoriów udają, że nie wiedzą o katechetach, którzy straszą kilkulatki piekłem, a gimnazjalistom pokazują filmy o egzorcyzmach, po których nie da się spać. Rodzice robią dobrą minę do złej gry, gdy słyszą, że mają złożyć się na prezent dla księdza proboszcza z okazji urodzin, imienin lub jakiejkolwiek innej okazji.

Klerykalizmu nie da się zadekretować, on tkwi w naszych głowach. I nie ma nic wspólnego ani z prawdziwą wiarą, ani z Ewangelią. – Uczciwy katolik powinien być antyklerykałem – powiedział ojciec Ludwik Wiśniewski.

Religia dla klerykała to instrument do zdobywania władzy i pieniędzy.

Ktoś, kto chodzi do kościoła w niedzielę, ma szansę zyskać – szczególnie w mniejszych miejscowościach – dobrą opinię proboszcza i szacunek ludzi. Burmistrz, który pokaże się w kościele, może liczyć na życzliwe słówko z ambony podczas kampanii wyborczej. Dyrektor szkoły (przedszkola, żłobka) woli nie zadzierać z proboszczem, bo może skończyć tak jak dyrektorka przedszkola z Rybnika napiętnowana za „sianie ideo-logii gender”.

Brudy – jak w sierocińcu w Zabrzu – pierze się w zaciszu. Część nauczycieli, inne siostry, pracownicy socjalni, lekarze – nic nie wiedzą.

Miłość, empatia, szacunek wobec drugiego, odpowiedzialność za słabszych, o które chodziło Jezusowi z Nazaretu, to dla wielu, którzy deklarują katolicyzm, wartości z innej planety. Istnieją co najwyżej w deklaracjach i na papierze. W rzeczywistości dominuje obojętność. Bo nie moja rodzina, nie moje dziecko.

Jak w historii Adasia z Łodzi, o której „Wyborcza” pisała w połowie marca. Wychowanek tamtejszego Domu Dziecka trafił do szpitala z powodu bardzo wysokiej gorączki. Umarł o północy. Sam. Przyczyna: posocznica.

Jak to możliwe, że nikt nie zauważył, że umiera? Dyrekcja szpitala tłumaczyła, że szpital nie ma obowiązku czuwać przy małych pacjentach, robią to rodzice. Ale Adaś miał pecha – był sierotą. Nie miał rodziców, a dla pielęgniarek był obcy.

Piszę to wszystko ze smutną świadomością, że Jan Paweł II za dwa tygodnie zostanie świętym. Telewizje i gazety już zalewa lukrowana pobożność. Ta z breloczków do kluczy i talerzyków z wizerunkami papieża zwanego naszym. Ta od pomników stawianych prawie w każdej parafii, choć bardzo prosił, żeby tego nie robić.

Będziemy wielbić papieża, który powiedział, że „troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”, i przestrzegał przed „duchową znieczulicą, śmiercią sumienia, która jest gorsza od grzechu”. Który podczas beatyfikacji Karoliny Kózkówny – nastolatki, która zginęła z rąk żołnierza, bo nie dała się zgwałcić – powiedział, że święci są potrzebni, by nas zawstydzać: – Zbawczy wstyd pozwala zobaczyć człowieka w całej prawdzie. Potrzebny jest, by odkryć na nowo hierarchię wartości.

Boję się pomyśleć, że w sierocińcu w Zabrzu wisiał pewnie portret Jana Pawła II.

[2014.04.12] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: