Zakonne bidule trzeba zamknąć. Siostry nie są przygotowane do pracy z trudną młodzieżą

W nowym systemie opieki nad opuszczonymi dziećmi nie ma już miejsca dla ośrodków prowadzonych przez siostry zakonne. Te domy, które dziś istnieją, to relikt przeszłości.

W Polsce zaczęliśmy rewolucję: w najbliższym czasie powinny zniknąć domy dziecka – wielkie molochy, w których wychowuje się po kilkadziesięcioro dzieci w różnym wieku.

Nowa ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej rozkłada na lata zmiany, a jej ostatecznym celem jest zapewnienie niemal wszystkim dzieci adopcji bądź miejsca w rodzinie zastępczej lub rodzinnym domu dziecka. Ustawa zakłada też, że system opieki społecznej powinien być nastawiony przede wszystkim na pracę z rodziną biologiczną tak, by dziecko właśnie tam mogło pozostać. Tę pomoc mają nieść asystenci rodzinni, zatrudniani przez samorządy. Ich liczba rośnie z roku na rok – jak wynika z ostatniego sprawozdania resortu pracy i polityki społecznej.

Lobby wychowawców i dyrektorów

Dawne sierocińce mogą jedynie pełnić funkcję placówek, które na bardzo krótki czas będą schronieniem dla dzieci i młodzieży zabranych z rodzin w dramatycznych okolicznościach.

Wprowadzenie tych zasad w życie nie jest proste: lobby dyrektorów i wychowawców domów dziecka broni się w lokalnych środowiskach, jak może. Niedawno w Pszczynie uroczyście otwarto dom dziecka. „Co się stanie z nowym obiektem, postawionym za 2,8 mln zł, gdy w 2020 r. Polska będzie musiała zamknąć wszystkie bidule? Wojewody to nie interesuje”, pisała w marcu tego roku dziennikarka „Wyborczej” Małgorzata Goślińska. Takich absurdów jest więcej.

Ale osobnym problemem są placówki prowadzone przez siostry. Mamy bulwersujące przypadki, takie jak dom sióstr boromeuszek w Zabrzu, gdzie nad dziećmi się znęcano, a siostry tolerowały gwałty starszych wychowanków na młodszych dzieciach. I nie był to jedyny w ostatnich latach skandal.

Wcześniej media opisywały niepokojące wydarzenia w domu dziecka prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Warszawie i Studzienicznej. A gdy poczytać fora dotyczące innych domów dziecka, które są w gestii zgromadzeń zakonnych, to też można odczuć niepokój: chodzi zwłaszcza o te, które nie podlegają ustawie o pieczy zastępczej, ale ustawie oświatowej.

Kontrola MEN niezbędna

Na ile doniesienia internautów są prawdziwe? Nie wiem. Wczoraj szefowa MEN Joanna Kluzik-Rostkowska spotkała się z kuratorami w sprawie kontroli tych ośrodków. To reakcja na reportaż „Wyborczej” na temat ośrodka w Zabrzu. Te kontrole są niezbędne, bo można mieć obawy, na ile siostry zakonne są przygotowane do pracy z trudną młodzieżą i z dziećmi, które sprawiają kłopoty wychowawcze. Boję się, że metody sióstr są bardzo archaiczne i to właśnie prowadzi często do patologii.

Bardzo groźne jest to, że władze zakonne zazwyczaj stają murem za oskarżanymi zakonnicami, nawet jeśli zostają skazane prawomocnymi wyrokami. Tak było we wszystkich tych przypadkach. Skazana siostra boromeuszka, mimo że jest odpowiedzialna za krzywdę wielu dzieci, nie została nawet wydalona z zakonu.

Episkopat umywa ręce: nie ma żadnych reguł, jeśli chodzi o skazanych za takie czyny zakonników czy zakonnice, bo zakony są autonomiczne i rządzą się swoimi prawami. To oznacza, że w kościelnym środowisku nikt nie szuka odpowiedzi na pytanie, jak zapobiegać nieszczęściom takim jak w Zabrzu.

Poświęcenie nie wystarcza

Ale nie tylko patologiczne przypadki mają tu znaczenie. Wiele sióstr zakonnych pracuje z wielkim poświęceniem i miłością na rzecz opuszczonych dzieci. Problem polega jednak na tym, że to nie wystarczy, by zapewnić tym dzieciom dobry start. Styl działania ośrodków kościelnych nie przystaje do nowego systemu.

Siostry zakonne zazwyczaj dysponują olbrzymimi domami. Aby spełniać nowe wymagania, wedle których w tzw. placówce opiekuńczo-wychowawczej może przebywać 30 dzieci, a od 2020 roku tylko 14, siostry franciszkanki w Wielkopolsce podzieliły budynek na części tak, by przypominały osobne mieszkania. Ale boję się, że będzie to raczej fikcja niż realizacja ustawy: w całym domu i tak ma mieszkać kilkadziesiąt dziewcząt.

Ideą nowego systemu jest to, by środowisko, w którym są dzieci opuszczone, w jak największym stopniu przypominało rodzinę. Taką, w której jest ojciec i matka. Także Kościół uznaje ten kształt rodziny za najlepszy dla rozwoju dziecka. Czyż nie dlatego sprzeciwia się legalizacji związków partnerskich?

A skoro tak, to i Kościół powinien przyjąć tę prawdę, że domy dziecka – także te prowadzone przez siostry – to przeżytek, którego żywot trzeba zakończyć tak szybko, jak szybko pozwalają na to finanse państwa i samorządów.

Nie zmienia to faktu, że istnieje wiele dziedzin, gdzie działalność sióstr jest pożyteczna i dobra: opieka nad niepełnosprawnymi, szkoły, przedszkola. Ale domy dziecka zostawmy świeckim rodzinom zastępczym i rodzinnym domom dziecka.

[2014.04.23] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: