FiM – Desperacja ofiar

Dyrektor kościelnego ośrodka opiekuńczego dla chłopców oraz jego kurialni protektorzy już „byli w ogródku i witali się z gąską”, gdy prokuratura umorzyła z powodu przedawnienia śledztwo w sprawie wykorzystywania seksualnego wychowanków. Nie docenili determinacji ofiar…

W lutym 2012 roku za szczelnie zamkniętymi drzwiami szczecińskiego Sądu Rejonowego rozpoczął się proces ks. Andrzeja D., byłego dyrektora Ogniska św. Brata Alberta i kilku miejscowych szkół katolickich. Jest oskarżony o doprowadzanie małoletnich podopiecznych do „innej czynności seksualnej” poprzez „nadużycie stosunku zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia”, co podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Na prokuratorskiej ławie zasiadł… adwokat reprezentujący pokrzywdzonych.

Wyjaśnijmy niuanse prawne: w Kodeksie postępowania karnego istnieje furtka pozwalająca obywatelowi osobiście dochodzić sprawiedliwości nie tylko w drobnej sprawie z tzw. oskarżenia prywatnego (zniesławienie, naruszenie nietykalności cielesnej itp.), ale także ciężkiego przestępstwa zastrzeżonego dla prokuratury, gdy ta odmówi wszczęcia postępowania lub umorzy je, zaś sąd to postanowienie uchyli, nakazując kontynuować śledztwo celem usunięcia stwierdzonych nieprawidłowości (okoliczności wymagające wyjaśnienia, zaniechane czynności dowodowe). Jeśli po naprawieniu uchybień prokuratura podtrzyma swoje wcześniejsze stanowisko, pokrzywdzony może wnieść do sądu własny akt oskarżenia, przy czym dokument musi podpisać adwokat lub radca prawny. Ofiara staje się pełnoprawnym „prokuratorem” i otrzyma w procesie instrumenty mogące doprowadzić do skazania sprawcy za czyny, których zawodowi śledczy nie umieli lub nie chcieli udowodnić, bądź uznali je za mało szkodliwe społecznie.

Taki właśnie pech dotknął 50-letniego dziś kapłana, któremu prokuratura odpuściła ciężkie grzechy obyczajowe, uznając je za przedawnione, a seks z małoletnimi za całkiem z ich strony dobrowolny.

###

Ksiądz D. był założycielem (w 1991 roku pod auspicjami Caritasu) i pierwszym dyrektorem Ogniska – internatu dla „trudnych” chłopców z rodzin zazwyczaj patologicznych. Po czterech latach istnienia ośrodka grupa pracowników zgłosiła się do bp. Stanisława Stefanka, ówczesnego sufragana archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej (w okresie październik 1996 – listopad 2011 ordynariusz diecezji łomżyńskiej, obecnie biskup senior) odpowiedzialnego m.in. za kościelne szkolnictwo i placówki opiekuńcze. Powtórzyli mu szokujące relacje wychowanków o wykorzystywaniu seksualnym przez księdza dyrektora, ale hierarcha starannie zamiótł aferę pod dywan, nawet nie rozmawiając z domniemanymi ofiarami. Kilka tygodni później, za sprawą dwóch zakonników – jezuity oraz dominikanina – identyczne wieści dotarły do metropolity abp. Mariana Przykuckiego. Ten zapewnił mnichów, że „zna sprawę i nada jej właściwy bieg”. W połowie grudnia 1995 r. ks. Andrzej został wycofany z Ogniska na posadę wikariusza parafii Miłosierdzia Bożego w Szczecinie. Pracował tam zaledwie do 28 czerwca 1996 r. i tylko formalnie, bo na otarcie łez za odizolowanie od chłopców awansował w międzyczasie na wiceszefa archidiecezjalnego Centrum Edukacyjnego z zadaniem utworzenia sieci szkół katolickich, w których miał zostać dyrektorem. Pierwszą taką placówką była Katolicka Szkoła Podstawowa im. Świętej Rodziny, powołana dekretem abp. Przykuckiego z 20 lipca 1996 r.; później doszły kolejne. Ks. Andrzej robił oszałamiającą karierę – jako przewodniczący Rady Szkół Katolickich przy Konferencji Episkopatu i członek zarządu Europejskiego Stowarzyszenia Szkół Katolickich w Brukseli brylował na salonach, fotografował się z politykami, gościł dostojników z Watykanu…

W czerwcu 2003 r. dominikanin o. Marcin Mogielski zajął się dokumentacją przypadków molestowania w Ognisku. Oprócz przyzwoitości, miał powody bardzo osobiste, by wypalać draństwo gorącym żelazem, bowiem tuż przed wstąpieniem do seminarium sam padł ofiarą zatrudnionego u św. Alberta przyjaciela ks. Andrzeja. Spisał zeznania byłych wychowanków i za pośrednictwem prowincjała o. Macieja Zięby przekazał je nowemu metropolicie – arcybiskupowi Zygmuntowi Kamińskiemu. Hierarcha zareagował bardzo gniewnie, żądając, aby zakon zajął się własnymi „zboczeńcami”, zamiast uczestniczyć w„pedalskiej zemście na porządnym księdzu”.

10 listopada 2003 r. uczestnicy spotkania z bp. Stefankiem napisali do abp. Kamińskiego list, w którym ostrzegli: „Jeśli sprawa nie zostanie rozstrzygnięta w granicach kompetencji władzy kościelnej, będziemy zmuszeni podjąć kroki procesowe w granicach kompetencji władzy państwowej”. Czyli prokuratury. Dopiero wówczas Sąd Metropolitalny zaczął procedować. Efekt wciąż pozostaje tajemnicą, ale zarzuty wobec ks. Andrzeja D. musiały być na tyle ciężkostrawne, że na początku 2007 r. arcybiskup odsunął go od zarządzania szkolnictwem katolickim i skierował do Domu Księży Emerytów.

Skandal wymiotła spod dywanu „Gazeta Wyborcza”, gdy w marcu 2008 r. ujawniła fragmenty zebranej przez o. Mogielskiego dokumentacji. Przykładowo: „Przyszedłem do ogniska na wiosnę 1992 roku. Miałem wtedy 15 lat. Gdzieś dwa lub trzy miesiące po przybyciu do ogniska ks. Andrzej zaprosił mnie do pokoju, kazał mi się położyć do łóżka. Byłem wystraszony i sparaliżowany lękiem. Zaczął mnie obmacywać, dotykać po genitaliach, nakłaniał mnie, żebym ja też go dotykał (…). Takich kontaktów seksualnych w czasie mojego pobytu w ognisku było dużo więcej, kilkadziesiąt. Wszystkie wyglądały podobnie”.

Prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie „w sprawie” nadużyć seksualnych wobec podopiecznych Ogniska. Ojca Mogielskiego przesłuchali jako pierwszego. Wskazał znane sobie ofiary i świadków, a ci opowiedzieli o innych. W sumie przepytano 120 osób. Śledztwo umorzono (styczeń 2009), bo – zdaniem prokuratury – część karalnych zdarzeń uległa przedawnieniu, niektóre były nie do udowodnienia ze względu na upływ czasu, a inne (seks za obopólną zgodą) nie nosiły znamion przestępstwa.

Na skutek wniesionego przez pokrzywdzonych zażalenia sąd uchylił tę decyzję, argumentując, że:
# „ze zgromadzonych materiałów wynika niezbicie, iż ksiądz Andrzej D. mógł dopuszczać się czynów lubieżnych w stosunku do swoich podopiecznych”;
# tok rozumowania niekwestionujący wiarygodności pokrzywdzonych, a interpretujący ich relacje na korzyść obwinionego, jest pozbawiony logiki.

Potrzeba było dokładnie roku na naprawianie usterek śledztwa, co nie zmieniło wszakże jego konkluzji: 1. przedawnienie przestępczego seksu z „nadużyciem stosunku zależności”, 2. nie można mówić o gwałcie, skoro niektórzy młodzieńcy utrzymywali intymne kontakty z księdzem dyrektorem nawet po opuszczeniu schroniska.

Jak już wspomnieliśmy, proces ks. Andrzeja D. (nie przyznaje się do jakichkolwiek nadużyć) jest utajniony. I całe szczęście, bo od zeznań niektórych świadków uszy więdną. Impreza z 15-latkiem w pokoju hotelowym, romans z równie małoletnim ministrantem, uzależnienie przyjęcia do katolickiego liceum od zaspokojenia seksualnych żądz księdza dyrektora… – dorośli już dzisiaj mężczyźni mówią pod przysięgą rzeczy straszne, których nie wolno nam, niestety, powtórzyć.
– Tu nie chodzi o wsadzenie go do więzienia, bo zdecydowana większość przypadków (poza jednym) faktycznie uległa przedawnieniu. Chcemy tylko, by niezawisły sąd nazwał rzeczy po imieniu. Chcemy ujawnienia skurwysyństwa tych, którzy kryli księdza Andrzeja – tłumaczy „FiM” były wychowanek oskarżonego.

W kronice Katolickiego Gimnazjum im. św. Stanisława Kostki w Szczecinie, gdzie podsądny wciąż „wychowuje”, czytamy m.in. zapis z tego okresu: „Naszą szkołę zaszczycili swoją obecnością członkowie niemieckiego Zakonu Kapucynów. Inicjatorem wydarzenia był ks. Andrzej D(…). Przedstawił nam gości, którzy wywarli na nas ogromne wrażenie”.

###

Wyrokiem z 14 maja 2012 r. Sąd Rejonowy w Siedlcach skazał ks. Jacka W., byłego wikariusza parafii w S. (obecnie kapelan sióstr benedyktynek w Drohiczynie), na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata za molestowanie 15-letniej E. M. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że kapłan bezwzględnie „wykorzystał krytyczne położenie ofiary” (dramatyczna sytuacja rodzinna) i „nadużył jej zaufania”, wchodząc w rolę duchowego terapeuty. Sprawę doprowadziła do finału nieugięta postawa matki dziewczyny. Najpierw długo pojedynkowała się z prokuraturą, zanim śledczy zdołali wreszcie dostrzec w poczynaniach ks. Jacka przestępstwo (por. „Bez przebaczenia” – „FiM” 12/2010), a później musiała jeszcze stawić czoło naciskom biskupa drohiczyńskiego Antoniego Dydycza (odwodził kobietę od wywoływania rozgłosu i przekonywał, że „skruszony ksiądz jest na drodze nawrócenia”), co w małomiasteczkowych klimatach wymaga szczególnego heroizmu. W tzw. ostatnim słowie „skruszony” domagał się uniewinnienia, twierdząc, że padł ofiarą spisku…

[2012] FaktyiMity.pl Nr 24(461)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: