FiM – Kto ma księdza w rodzie…

–  On  zmarnował  nam  życie  małżeńskie. W swej pazerności doprowadził do sytuacji, że  muszę  korzystać  z  przytułku  prowadzonego przez zielonoświątkowców.
– O kim pani mówi?
– To wina mojego szwagra – księdza.

W naszym świętym Katolandzie pobożny lud z ust do ust powtarza sobie, że kto ma księdza w rodzie – tego bieda nie ubodzie. Powiedzenie tak wrosło w życie, że o bogactwie najbliższych rodzin duchownych krążą legendy. Wszyscy zazdroszczą im, że dzięki sutannie żyją jak u Pana Boga za piecem. Kiedy rodzina brata lub siostry księdza kupi nowy samochód, już słychać: „Patrzcie, ksiądz się rzucił”, a gdy rodzice księdza jadą na wakacje – słyszą, że to syn im zasponsorował…

Tymczasem prawda jest często zupełnie inna. Seminaryjne pranie mózgu i rozbudzone potrzeby plebanów sprawnie eliminują z ich serc i umysłów rodzinne więzi oraz wrażliwość na potrzeby bliskich. Teresa Marchewka (na zdjęciu) z Chrzanowa w archidiecezji krakowskiej – bratowa plebana – mówi wprost: – To kłamliwy mit. Wiem, bo sama od 30 lat doświadczam na własnej skórze, jak wygląda troska szwagra – księdza.

Teresa była przedszkolanką. Władysław– górnikiem. Po kilkumiesięcznej znajomości wzięli ślub. Udzielał go ks. Stanisław Marchewka (na zdjęciu) – brat pana młodego. Wszyscy wróżyli im szczęście, bo to taka katolicka rodzina, a jeszcze pleban w rodzie. Jednak od samego początku było inaczej.
– Mąż awanturował się, wszczynał kłótnie, po czym… wybuchał płaczem. W ogóle zachowywał się dziwacznie, mówił sam do siebie. Ciągłe omamy, skrajne nastroje, dziwne
zachowania, podejrzliwość – to było nie do zniesienia. Myślałam, że jest znerwicowany, a ponieważ taki stan się nasilał, wysłałam go do lekarza. Raz, drugi, trzeci – leczył się, ale pomagało tylko na chwilę. Kiedy dowiedziałam się, że w rodzinie męża była osoba chora psychicznie, leczona w specjalistycznych szpitalach, nie miałam wątpliwości, że mój mąż też jest chory. Rozżalona poszłam do księdza – brata męża – z pytaniem, dlaczego zataił przede mną jego chorobę. Zostałam wyśmiana i szwagier zatrzasnął za mną drzwi – mówi Teresa.

Postanowiła jednak, że uratuje małżeństwo i wyleczy męża. Po wielu namowach udało jej się przekonać go do leczenia, a nawet do umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym w Rybniku. Myślała, że wyleczą go lub przynajmniej zniwelują przykre dla otoczenia objawy choroby. Niestety, kiedy rodzina dowiedziała się o pobycie Władysława w szpitalu, ks. Marchewka zabrał go stamtąd i podpisał dokument, że będzie się bratem zajmował. Tymczasem przywiózł go prosto pod drzwi wspólnego mieszkania małżonków. – Kiedy zadzwoniłam do księdza, żeby chociaż powiedział, jakie mąż ma brać leki, usłyszałam: „Milcz! będziesz robić, co ci każę”. I szwagier rzucił słuchawką.

Nikt nie potrafił jej pomóc. Tymczasem ksiądz rozpowiadał po rodzinie i znajomych, że to ona chce wykończyć swego męża.

Zrozpaczona kobieta sama wychowywała dwójkę synów, z których jeden był ciężko chory. Do tego musiała opiekować się chorym mężem, który żył jakby w innym świecie, zupełnie wyobcowany. Bywało, że nie wytrzymywała stresu i problemów dnia codziennego i sama wpadała w depresję. W końcu postanowiła się rozwieść. Niestety, sędzia oddalił sprawę na rok. Po tym czasie ona była już na tyle znużona problemami, że zrezygnowała z dalszej walki o swoje szczęście. Udało się jej jedynie wywalczyć od męża skromne alimenty, o które i tak przez lata musiała się dopraszać. Nie pomogły błagania kierowane do plebana, by porozmawiał z mężem lub wsparł ich finansowo, gdy było już
bardzo ciężko. Kiedy Władysław przeszedł na emeryturę, zaczął całymi dniami pracować na plebanii u swego brata. Przez całe lata robił to za Bóg zapłać. Dopiero po interwencji w kurii krakowskiej na początku lat 90. dostawał drobne sumy.
– Nawet w soboty i niedziele tyrał bez wypoczynku, bo krowy księdza potrzebowały jeść – żali się pani Teresa. Tymczasem ona chodziła do opieki społecznej, bo nie miała czym dzieci nakarmić ani w co ubrać. Zasądzone alimenty były za małe, a potrzeby coraz większe. – Większość ludzi nie może tego pojąć i myślą, że kłamię, szczególnie że szanowny kanonik rozpowiada po okolicy, jak bardzo nam pomaga. Tymczasem on w sprytny sposób pozbawił nas spadku po rodzicach. Wyszłam za chorego człowieka, a jego dzieci cierpią biedę. Dzisiaj, schorowana i zniszczona, nie mogę nawet przeprowadzić separacji sądowej, bo mnie na nią nie stać i nie mam siły na przepychanki i udowadnianie swoich racji. Pomóżcie mi wydostać się z tej sytuacji. Ten ksiądz zgotował piekło na ziemi swojemu bratu i jego rodzinie. Nie wzruszały go nawet moje rozpaczliwe listy z prośbą o pomoc. Jeden raz mąż przyniósł od niego cztery potężne krowie kości i 60 dkg jakiejś łaty ze szczątkami mięsa. Na to było go stać… Kiedyś w swej naiwności pani Teresa chciała nawet dostać unieważnienie małżeństwa. Kiedy jednak ksiądz w krakowskiej kurii usłyszał, że w jej historię wplątany jest duchowny – wyprosił ją. Ona jednak nie poddaje się. – Chciałabym chociaż przed śmiercią uwolnić się z więzów małżeńskich, w których byłam tyranizowana przez męża i klechę.

Wystąpiła do krakowskiego sądu biskupiego o separację i unieważnienie jej małżeństwa. Kilka miesięcy temu uciekła do przytułku „Oaza”, prowadzonego przez zielonoświątkowców. – Znalazłam się tutaj przez męża i jego brata – katolickiego księdza – który nigdy nie podał nam pomocnej dłoni.

Tymczasem ks. Stanisław Marchewka powiedział nam, że to jego bratowa jest chora i ona powinna się leczyć. On uratował swego brata, kiedy żona umieściła go w szpitalu psychiatrycznym. – Wspomnę panu, że lekarz powiedział mi wówczas, że nie ta osoba (mój brat) powinna być leczona, a ta, która ją tam umieściła. Poza tym jako osoba duchowna nie mogę się mieszać w sprawy ich małżeństwa. Brat ma u mnie zajęcie, nie myśli o głupotach, a gdyby był chory, leżałby w łóżku albo w szpitalu.

[2005] FaktyiMity.pl Nr 43(293)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: