FiM – Sieczkarnik

Jedni zabili księdza. Inni zabili prawdę, bo dla ochrony „dobrego imienia” ofiary przeprowadzili tajny proces, retuszowali wizerunek ofiary, żonglowali dowodami…

Gdy 27 maja 1996 r. na zapleczu Trybunału Metropolitalnego Diecezji Gdańskiej znaleziono zasztyletowanego księdza, opinia publiczna dowiedziała się z relacji mediów jedynie tyle, że „(…) zabójstwo na plebanii kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni, odbiło się szerokim echem w całym kraju. Ksiądz Ernest Kleinert był oficjałem Trybunału Metropolitarnego, doktorem prawa kanonicznego i powszechnie szanowanym kapłanem”.

Później odbyły się dwa odrębne, tajne („z uwagi na dobre imię zamordowanego księdza” – jak uzasadniał sąd) procesy domniemanych sprawców. Na kary po 25 lat więzienia zostali skazani: Andrzej Olchowy (mieszkaniec Sopotu mający wcześniej na koncie drobne kradzieże i włamania) oraz Silvestru Grancea (rumuński włóczęga Remik Remusvel Robert Romi).

Pierwszy konsekwentnie zaprzeczał przed sądem, jakoby uderzył księdza nożem (na trzonku nie odnaleziono śladów jego linii papilarnych) podczas napadu i próby obezwładnienia go. Drugi – schwytany dopiero po rozpoczęciu procesu Olchowego – twierdził początkowo, że owszem, idąc ograbić księdza, zabrał ze sobą nóż, którym własnoręcznie zadźgał ofiarę. Później – „pod wpływem szczerej rozmowy z psychologiem więziennym” – zmienił wersję wydarzeń, przypisując 2 ciosy wspólnikowi.

Ujawniliśmy niedawno skrywane przez lata okoliczności śledztwa, procesu i skazania Olchowego („Zabić księdza” – „FiM” 23/2005). Dodajmy, że udało nam się wówczas dotrzeć do kilku zaledwie dokumentów, gdyż akta sprawy wciąż pozostają tajne. Niemniej już to, co przeczytaliśmy, skłoniło nas do wyrażenia wątpliwości, czy Olchowy miał uczciwy proces. Stwierdziliśmy, że nimb otaczający ks. Kleinerta („powszechnie szanowany kapłan”) oraz przestępczy „życiorys” skazanego mogły odcisnąć piętno na wnikliwości postępowania dowodowego. Zastanawialiśmy się też nad marginalizacją kwestii wiktymologicznych, czyli wpływu zachowania ofiary na pobudzenie sprawcy do przestępstwa, co powinno przekładać się na ocenę winy, a w konsekwencji – wymiar kary („W motywach pisemnych wyroku Sąd pomija całkowitym milczeniem okoliczność, że ofiara przestępstwa, pod pozorem udzielania pomocy charytatywnej, zwabiała do mieszkania osoby proszące o wsparcie – w tym wypadku żebrzących Rumunów, aby później wykorzystywać ich homoseksualnie” – podnosił w apelacji mecenas Ryszard Bafia, obrońca Olchowego).

Dziennikarze „FiM” wciąż badają sprawę zabójstwa ks. Kleinerta. Udało nam się uzyskać wgląd do kolejnych dokumentów śledztwa i procesu, przeprowadziliśmy „wizję lokalną” obalającą istotną tezę konstrukcji uzasadnienia wyroku i odnaleźliśmy jednego z kluczowych świadków oskarżenia, który stanowczo zaprzecza zdarzeniom przyjętym przez sąd za pewnik…

Zacznijmy od wiktymologicznych aspektów zbrodni. Oto fragment zeznań Grzegorza K. (wychowanek oraz podopieczny ofiary) złożonych w pierwszych dniach śledztwa, gdy policjanci byli jeszcze w lesie i dopiero typowali potencjalnych sprawców zabójstwa:

„Od dzieciństwa znałem ks. Ernesta Kleinerta (…). Byłem ministrantem i dlatego nasze kontakty stały się częstsze, a z czasem zaczęły być bardziej osobiste (…). Dużo i często rozmawialiśmy ze sobą, był moim duchowym opiekunem. Miałem do niego duże zaufanie (…). W wieku 15 lat zauważyłem, że ksiądz traktuje mnie inaczej, niż zazwyczaj traktuje się chłopców. Lubił przebywać w moim towarzystwie bez innych osób, zaczął przytulać do siebie, głaskać (…). Wiedziałem już, co to jest homoseksualizm, ale nie przyszło mi do głowy, aby to odnieść do księdza, który był dla mnie wzorem i autorytetem. Z czasem ksiądz posuwał się coraz dalej, choć muszę przyznać, że nie był natrętem ani nie narzucał się specjalnie z tymi swoimi umizgami (…). Zaczął mnie łapać za krocze – robił to zawsze, gdy byliśmy razem (…). W końcu doszło do tego, że ksiądz rozpiął mi spodnie, sobie także (…). Później już wielokrotnie było tak, że brał mojego członka do ręki, a do drugiej swojego członka i masturbował siebie oraz mnie. Nigdy nie czułem żadnego zadowolenia, że robi to ksiądz, a nie np. jakaś dziewczyna (…). Wydaje mi się, że byłem od niego bardzo uzależniony. Była to jakaś władza nad moją osobowością. Nie byłem przecież zależny od niego finansowo ani w żaden inny sposób materialny. Nie potrafiłem jednak odmówić mu żadnego spotkania, miał nade mną jakąś władzę. Każde spotkanie wyglądało tak, że ksiądz robił kawę, piliśmy piwo, rozmawialiśmy na różne tematy, a potem ksiądz ze swojego ulubionego fotela przesiadał się obok na kanapę, rozpinał mnie i sobie spodnie, a potem masturbował (…). Później szedł do łazienki, a gdy wracał, pytał z uśmiechem, czy się nie gniewam. Trwało to 2–3 lata. Nie potrafiłem wyrwać się, wyzwolić spod jego władzy (…). Kiedyś, na wycieczce, próbował odbyć ze mną normalny stosunek, ale nie dopuściłem do tego i pozostaliśmy na poziomie masturbacji (…). Jakiś rok temu ksiądz opowiedział mi, że było u niego dwóch Jugosłowian (dopiero dalsze śledztwo wykaże, że byli Rumunami – dop. red.), zatrzymał ich u siebie i pozwolił im się wykąpać. Opisywał, jak mył plecy temu niższemu, Remusowi, którego widziałem u księdza dwa razy. Fascynował się »jakiego to ten mały Remus ma zaganiacza« – dokładnie tak powiedział. Wydaje mi się, że miał chęć na tego Jugosłowianina”.

Tyle uzupełniających danych dotyczących portretu ofiary…

Zajmijmy się teraz dowodami: jednym z istotnych, mających potwierdzać czynny udział Olchowego w zabójstwie, był list zatrzymany przez Służbę Więzienną. W uzasadnieniu wyroku z 2 czerwca 1998 r. (sygn. akt IV K 366/96) czytamy: „Dodatkowym argumentem potwierdzającym pogląd Sądu (…) jest list, jaki napisał M.W. do P.R., informujący o przypadkowym spotkaniu w Areszcie Śledczym w Wejherowie mordercy księdza informującego, że »zadał tylko jeden cios nożem kuchennym, który w dodatku się złamał«. Analizując kontekst wypowiedzi świadka M.W. i ww. informacji w przedmiotowym liście skierowanym do zupełnie innej osoby, trudno jest zdaniem Sądu podważyć prawdziwość tej wypowiedzi. Świadek ten w ocenie Sądu jest w tej kwestii wiarygodny (…). Późniejsza informacja Dyrektora Aresztu Śledczego (kategorycznie wykluczająca możliwość zetknięcia się w areszcie świadka M.W. ze skazanym, a wtedy jeszcze podejrzanym, Olchowym – dop. red.), zdaniem Sądu nie dowodzi, iż M.W. i Andrzej Olchowy nie spotkali się w okolicznościach opisanych w przedmiotowym liście”.

Do listu odniósł się też sąd II instancji: „Podobnie na ocenę wiarygodności zeznań M.W. nie może mieć wpływu okoliczność, iż oskarżony poinformował go w przypadkowej rozmowie o zadaniu ofierze tylko jednego ciosu nożem. Nie sposób dociec, dlaczego Andrzej Olchowy tak postąpił [zwierzył się M.W.]. Sąd Wojewódzki trafnie uznał relacje tego świadka za zgodne z prawdą”– zauważył Sąd Apelacyjny w Gdańsku, podtrzymując (sygn. akt II AKa 291/98) wyrok skazujący Olchowego.

Dziennikarze „FiM” odnaleźli w Trójmieście owego świadka M.W.
– Sprawa zabójstwa księdza była głośna i w areszcie wiele się o niej mówiło. Gdy rozeszła się wiadomość, że ten Olchowy jest zamknięty w Wejherowie, napisałem do kumpla, że rozmawiałem z tym zabójcą i opowiadał mi jak było. Kłamałem, bo faktycznie nigdy tego chłopaka w areszcie nie spotkałem. Po raz pierwszy zobaczyłem go na rozprawie, gdzie zeznawałem w sprawie tej naszej rzekomej rozmowy. Byłem zaskoczony, bo wcześniej powinna chyba przesłuchać mnie policja lub prokuratura, a tu ni stąd ni zowąd zabierają mnie do sądu. Próbowałem sądowi tłumaczyć, jak było naprawdę, ale chyba mi nie uwierzyli. Dlaczego tak napisałem? Nie wiem, może chciałem się pochwalić?… Byłem wówczas bardzo młodym chłopakiem i zupełnie nie spodziewałem się konsekwencji – powiedział nam ten dorosły już mężczyzna, prowadzący dzisiaj nienaganny tryb życia.

Innym ważkim problemem, z którym musiał zmierzyć się sąd przy wyrokowaniu, była kwestia uzasadnienia, dlaczego jednym zeznaniom daje wiarę, a innym – złożonym przez tę samą osobę – nie.

Grancea przesłuchiwany na procesie Olchowego w charakterze świadka (Rumun dopiero oczekiwał na rozpoczęcie swojego procesu) przyznał, że tylko on zadawał śmiertelne dla ks. Kleinerta ciosy nożem. Późniejsza zmiana zeznań, dokonana pod wpływem silnego wzruszenia wywołanego rozmową z więziennym psychologiem, była dla sądu argumentem przekonującym, ale nie do końca. „Za pierwszym razem, jak czekaliśmy w »sieczkarniku« na rozprawę, Olchowy mnie namówił, żebym całą winę wziął na siebie” – wytłumaczył sądowi Silvestru.

Olchowy twierdził, że to niemożliwe, gdyż topografia miejsca, w którym aresztanci oczekują na doprowadzenie do sali rozpraw, uniemożliwia prowadzenie jakichkolwiek konsultacji.

Sąd wezwał więc na świadków policjantów konwojujących aresztantów na rozprawę. I znowu zderzyły się dwie wersje: „Można się swobodnie porozumiewać” z wersją: „Zdecydowanie nie”.

Trzy cele są oddzielone od siebie jedynie kratami i przebywający w nich ludzie mają kontakt słowny i wzrokowy”– rozstrzygnął sąd w uzasadnieniu wyroku. I dodał: „Budzi jedynie zdziwienie zeznanie Stanisława D. (jeden z policyjnych konwojentów – dop. red.), który wbrew relacjom innych świadków (pozostali policjanci zeznający w tej kwestii – dop. red.) twierdzi, że nie ma krat między poszczególnymi celami, a są ścianki działowe uniemożliwiające kontakt wzrokowy osadzonych”.

Podkreślmy: drastycznie różniące się opisy warunków „przechowywania” aresztantów dotyczą miejsca znajdującego się w gmachu sądu! Tak więc – zamiast przesłuchiwać i konfrontować zeznania kilku policjantów – wystarczyło tylko zejść do podziemi i przekonać się na własne oczy, czy między celami jest krata, czy ściana. Niestety, nikt ze składu orzekającego nie zechciał…

Postanowiliśmy upewnić się sami.

Pracujemy obecnie nad reportażem obrazującym stan policyjnych „dołków” i dzięki uprzejmości sędziego Włodzimierza Brazewicza, rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Gdańsku, obejrzeliśmy niedawno w podziemiach gmachu miejsce zwane żargonowo „sieczkarnikiem”. I choć w 2002 r. zostało przebudowane (trzy duże cele zamieniono na kilka mniejszych, zamykanych solidnymi drzwiami), to udało nam się porozmawiać po służbie z policjantem, który doskonale pamiętał, jak wyglądało pomieszczenie w dniach procesu Olchowego:
– Oczywiście, że między celami były ściany. Krata zaś była tylko od strony korytarza strzeżonego przez funkcjonariusza. Oskarżonych doprowadzanych do jednej sprawy zawsze rozmieszczano w skrajnych celach, tak więc byli oddzieleni od siebie dystansem około 6 metrów i trzema ścianami. W „sieczkarniku” panował zawsze gwar, więc jakieś pojedyncze słowa wykrzykiwane przez kratę na korytarz mogły się do adresata przebić. Ale uzgodnienia dotyczące koordynacji zeznań?… Bardzo mało prawdopodobne, a wręcz niemożliwe – twierdzi funkcjonariusz Sekcji Policji Sądowej w Gdańsku.

Jak rozumieć tak wyraźne niedopatrzenia w postępowaniu dowodowym?
– Powiedzmy otwarcie, wyrok był skierowany do Kościoła. Miał sygnalizować, że zostanie najsurowiej ukarany każdy, kto ośmieli się podnieść rękę na księdza, choćby i największego drania. Uzasadnienie orzeczenia doszyto do selektywnie wybranych faktów. Te zaś, które nie pasowały do konstrukcji budowanej przez sąd, po prostu odwalono. I to w sposób częstokroć obrażający logikę – mówi nam prawnik znający przebieg procesu.

„Kto podniesie rękę na władzę ludową, niech wie, iż władza ludowa mu tę rękę odrąbie” – powiedział kiedyś komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz.

Mówią, że obecny premier – choć poglądy ma dokładnie odwrotne – podobny do Cyrankiewicza jak dwie krople wody…

[2005] FaktyiMity.pl Nr 47(299)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: