FiM – W cieniu klasztoru

O kradzież 28 tys. złotych i 30 tys. dolarów oskarża trzebińskich salwatorianów rodzina zmarłego zakonnika. O broni palnej nie chce wspominać, choć i ona stanowiła masę spadkową. Salwatorianie mówią: pazerna rodzina. Rodzina i znajomi odpowiadają: który z was go zabił?!

W oficjalnym życiorysie ks. Franciszka Koska aż gęsto od zachwytów i pochwał: doskonały organizator i budowniczy wielu obiektów sakralnych. Duszpasterz w Mikuszowicach Śląskich, Międzyzdrojach, Bielsku-Białej, Krakowie, Wrocławiu, Żywcu i w Trzebini, gdzie wybudował dom zakonny (przy słynnym na całą Polskę sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej), w którym przeżył ostatnie sześć lat.

Siostra, brat i bratowa księdza demolują jednak życiorysową rzeczywistość:
– Kiedy pracował dla zakonu, był wychwalany pod niebiosa, kiedy zaś – schorowany – potrzebował opieki, był dla nich ciężarem.

Koskowie nie kryją oburzenia: – To był szok. Odwiedzaliśmy go przecież w tygodniu, robiliśmy zakupy, zaopatrywaliśmy w lekarstwa, masowaliśmy. Choć był schorowany, jego śmierć i zachowanie zakonników wstrząsnęło nami. Koskowie mówią, że zakonnicy szantażowali ich brata psychicznie, wyzywali, domagali się, żeby oddał im kluczyki od samochodu, bo był już za stary, żeby z niego korzystać. – Brat skarżył się, że ma telefon na podsłuchu i nie może nam nic mówić. Za każdym razem, zanim nas do niego wpuszczono, rewidowano nasze torby z zakupami. Nigdy nie wstydzili się tego chamstwa.

Rodzina ma też poważne wątpliwości co do przyczyn zgonu ks. Koska.
– Na kilka dni przed swoją śmiercią mówił mi, że czegoś się obawia i prosił, bym została u niego w nocy, przypomina sobie bratowa, Halina Kosek. Została, ale nic jej nie powiedział.
– Drugi fakt, który skojarzyliśmy dopiero po jego śmierci, to telefon z 28 grudnia 2004 r., a więc z dnia poprzedzającego tragedię. Telefon odebrał nasz kilkunastoletni syn, w słuchawce słychać było tylko jakieś mamrotanie, a potem szarpaninę… Nagle ktoś trzasnął słuchawką telefonu i nas rozłączył. Tego samego dnia siostra księdza jak zwykle chciała odwiedzić brata. Do południa nikt nie odbierał telefonu. Dopiero w kancelarii powiedziano jej, że brat śpi. Kiedy zadzwoniła po południu, ponownie usłyszała, że brat śpi.
– Zdenerwowana powiedziałam, że to niemożliwe i że do niego jadę. Kiedy weszłam do mieszkania, brat siedział w fotelu, wyglądał kiepsko. Pod oczami miał ogromne siniaki, jakby go ktoś pobił. Jednak nic nie powiedział i nie skarżył się. Kiedy rozmawiałam z księdzem mieszkającym po sąsiedzku, powiedział tak: „Co ten twój brat wyprawiał w nocy, nie można było spać, a cała ściana była zalana krwią”. W tej sytuacji nie mogłam go zostawić samego. W nocy źle spałam, bolała mnie głowa. Kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że w łazience świeci się światło, a w pokoju leży martwy brat. Z ust leciała mu krew. Zaalarmowałam salwatorianów. Lekarka pojawiła się dopiero ok. 8.00. Nie mogłam uwierzyć, że brat odszedł.

Ochłonęła dopiero po kilku godzinach. – Nagle oprzytomniałam. Przecież tu są nasze rodzinne oszczędności. Powiedziałam więc ks. Dariuszowi Babule, ekonomowi trzebińskich zakonników, gdzie brat trzyma nasze pieniądze i biżuterię. Ten przewrócił martwego brata na drugi bok i wyciągnął mu z kieszeni kluczyki do schowka. W plecaku było 28 tys. złotych i 30 tys. dolarów oraz biżuteria i broń.
– Pieniądze pochodziły z gospodarki, z wynajmu mieszkania w Wadowicach i z handlu. „Proszę mi dać te pieniądze, potem się z wami rozliczymy” – powiedział siostrze zmarłego ksiądz ekonom i przekazał kasę przełożonemu – ks. Janowi Sosze. Biżuterię p. Maria zabrała od razu.

Pogrzeb odbył się już 31 grudnia. Mimo próśb rodziny nie otwarto trumny.
– Podczas pogrzebu na cmentarzu w Czernichowie podszedł do mnie jeden z mnichów i wręczył mi ksero testamentu. Powiedział: „Nie macie nic” i odszedł – opowiada brat zmarłego, Stanisław Kosek. Po pogrzebie umawiali się na zabranie reszty rodzinnych rzeczy, w tym pieniędzy i cennych obrazów, ale wciąż ich zbywano. Nie pomogły nasze interwencje u władz prowincjalnych w Krakowie. – W końcu usłyszałam, mówi Maria, że musimy udowodnić, że to były pieniądze rodzinne. Oni twierdzili bowiem, że ta kasa pochodzi z budowy kościoła w Bielsku-Białej i należy do ich. Zresztą brat był zakonnikiem i wszystko należy do zakonu.

I tak się stało. Salwatorianie wnieśli o sądowe przeprowadzenie spadku. Sprawa toczy się w Wadowicach. Rodzina wniosła o zabezpieczenie spadku, bo nie wierzy w informacje zakonników dotyczące wielkości spadku ani w testament.
– To był standardowy, wymagany przez hierarchów testament, który księża mają obowiązek sporządzać i uaktualniać. Tymczasem podczas sześcioletniego pobytu w domu zakonnym w Trzebini sytuacja zmieniła się diametralnie… Brat wciąż narzekał na znęcanie się współbraci i zarzekał, że nie dostaną od niego ani złotówki – mówi nam Maria Kosek.

Tymczasem salwatorianie uważają oskarżenia pod swoim adresem za wymysł pazernej rodzinki. Przełożony trzebińskiej wspólnoty zakonników ks. Jan Socha powiedział nam, że poprzez święcenia zakonne wszystkie dobra zakonnika należą do współbraci. Poza tym to raczej ks. Kosek wspomagał rodzinę, a nie odwrotnie.
– To okropne, że rodzina na siłę chce wyciągnąć od zakonu pieniądze. Jest testament, w którym zmarły jasno określił, że dobra, które nabył podczas życia w zakonie, należą do wspólnoty. Samochód, który kupił w ramach swojej zakonnej posługi, został przekazany seminarium duchownemu. Rodzina, wysuwając jakiekolwiek żądania wobec nas, nie ma umiaru i przyzwoitości. Jednak ludzka pazerność czasem nie ma granic…

Ksiądz superior (przełożony) dodaje, że to przecież rodzinka zgarnęła wszystkie pieniądze z ubezpieczenia po śmierci brata, choć nie dała na pogrzeb ani grosza.
– Tymczasem ja odprawiłem już 2 gregorianki (2 razy po 30 mszy – przyp. red.) za zmarłego współbrata. Zdaniem księdza superiora, rodzina nie ma żadnego dowodu na swoje oskarżenia. Poza tym w dzisiejszych czasach nie daje się księdzu pieniędzy w depozyt do skarpety, tylko zanosi do banku. Zaś co do przyczyn śmierci, to sprawa jest banalna, choć na pewno dla rodziny nieprzyjemna. Otóż przełożony twierdzi, iż zgon nastąpił z wyniku niewydolności krążenia, zaś ta niewydolność była skutkiem alkoholizmu. Ks. Kosek zwyczajnie zapił się na śmierć. Jednak człowiek nie żyje. Lepiej więc, żeby rodzina pomodliła się za niego, a nie rzucała inwektywami na zakon – ubolewa ks. Socha.

Udało nam się dotrzeć do kolegi zmarłego księdza, któremu ten również zwierzał się, że jest przez mnichów zastraszany. Mówił mu, że go szantażują, że boi się o życie, że żądają, by sporządził nowy testament i oddał im kluczyki od samochodu. Ks. Kosek wspominał też, że rodzina powierzyła mu duże pieniądze i boi się, że zakonnicy mogą je wyniuchać. Rodzina stawia sprawę jednoznacznie:
– Nie pozwolimy się okraść. Tym bardziej że o przekazywaniu bratu pieniędzy wiedziały też osoby niespokrewnione pz nami, na przykład ci, którzy je bratu dostarczali. – Uważamy, że te pieniądze nie podlegają spadkowi, bo dane były bratu jedynie w depozyt.

Kto ma rację? Komu uwierzy sąd?

PS Zaraz po naszej rozmowie z ks. Janem Sochą salwatorianie zaprosili rodzinę ks. Koska do siedziby Prowincji Krakowskiej. Tam obiecano im zwrot samochodu i trochę pieniędzy na otarcie łez. Wkrótce mają omówić z nimi szczegóły ugody. Czyżby odmiana w podejściu do bliźniego? A może próba zamknięcia ust „pazernej rodzinki”? Może dręczą ich wyrzuty sumienia? My stawiamy raczej na strach przed nagłośnieniem sprawy w „FiM”. Wkrótce napiszemy, co dalej ze sprawą ks. Koska.

[2006] FaktyiMity.pl Nr 26(330)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: