Na mopie do raju

Nawet podatek religijny nie zmniejszy liczby katolików w Polsce.

Podobno zaczęło się od tego, że ksiądz proboszcz gra w pokera jak cipa. Dlatego od 10 lat nie może dokończyć budowy kościoła.

A ponieważ kościół ciągle stoi nieskończony, parafianie dają coraz więcej szmalu. Przez co proboszcz gra coraz większymi sumami z coraz lepszymi graczami i nie starcza mu na rachunki. Dlatego zaczął pobierać podatek kościelny od parafian, a forsę egzekwuje nie gorzej niż urząd skarbowy. Wysyła po domach moherowe szwadrony w grubych okularach i z listą nazwisk. Kto zapłaci, zaznaczają mu krzyż przy nazwisku, kto nie zapłaci albo udaje, że nie ma go w domu, ma przesrane.

Wierni z parafii św. Alberta z Bartoszyc wydają się mocno wkurwieni. Mimo to nie chcą podawać nazwisk. Bo ksiądz proboszcz, gdy ktoś mu podpadnie, wymyśla straszne plotki i rozpuszcza je jak bańki mydlane. Całe osiedle wie błyskawicznie i wstyd pójść rano po bułki. Parafianie uważają, że skoro Chrystus nauczał za darmo, to proboszcz powinien grać w karty za tyle, ile sam zarabia, a nie za szmal całej parafii. No ale kto to księdzu proboszczowi wytłumaczy, skoro nad nim jest tylko Pan Bóg.

Parafianie od św. Alberta są tak bezlitośni, że trudno uznać ich za niewinne owieczki. Dostarczają mi ksero wszystkich finansowych dekretów proboszcza. Pytam, czy to zły proboszcz, czy na przykład gwałci ministrantów albo bije dziewczynki z przykościelnego chóru. Nie, nic z tych rzeczy. Nie chodzi im też nawet o ten cały szmal, tylko o molestowanie psychiczne. Na przykład dekret o sprzątaniu i pod pretekstem sprzątania: Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia! Otóż od pewnego czasu tylko pewna część wiernych przychodzi do sprzątania kościoła. Te kilka osób składają ofiary na zakup odkurzaczy i innego sprzętu oraz środków czystości… Dekret proboszcza każdy otrzymał do rąk własnych, ale parafianie mówią, że ksiądz pierdoli, bo ilekroć ktoś przyjdzie do sprzątania, to nie ma czym sprzątać. Znikają wszystkie szmaty, proszki i płyny jak w zakładach pracy za komuny.

Mimo to zawsze ktoś przychodzi – z własnymi przyborami – i sprząta. Głównie ci, którzy inaczej nie mogą dostąpić zbawienia. A co do reszty, to chodzi wyłącznie o wywołanie poczucia winy, żeby się czuło, że trzeba zapłacić. To samo mówią nawet praktykujący katolicy lekarze, nauczyciele i prywatni przedsiębiorcy z parafii św. Alberta. Bo nie jest dobrze w sercu, najważniejszym dla Boga kościele, jak się proboszcz kojarzy z żebrzącym na rynku menelem, który gdy mu nie dasz kilku złotych, rąbnie ci cały portfel.

Faktycznie, ks. proboszcz Hnatczuk do sprzątania wywołuje z ambony, a nawet przez internet: Do sprzątania w tym tygodniu w piątek 18 września na godz. 20-tą zapraszamy rodziny zamieszkałe w bloku ul. Wyszyńskiego 10, klatka IV i Wyszyńskiego parter. Wszyscy wiedzą, że tak naprawdę nie trzeba sprzątać, wystarczy proboszczowi zapłacić: Pozostaje pytanie – jak traktować te rodziny, które nie utożsamiają się z naszą parafią, nie przychodzą do sprzątania kościoła. Żeby, nie czuli się wykluczeni ze wspólnoty, daję im szansę i proponuję, abyśmy utworzyli Fundusz na rzecz sprzątania kościoła, na który składać się będą dobrowolne ofiary: za nieobecność na sprzątaniu kościoła – 10 zł, na kwiaty do kościoła – 10 zł.

Proboszcz dobrze wiedział, że wywoła to wewnętrzny sprzeciw. Dlatego zadbał, żeby każdy miał świadomość, że jeśli się nie zgadza, to siedzi w nim diabeł, zaś w proboszczu – wyłącznie Duch Święty. Nauczycielka polskiego jest przekonana, że to psychiczny terroryzm. Przecież wszyscy dają na tacę, ile mogą. Dlaczego nagle Bóg chce, żeby mu dodatkowo płacić za sprzątanie? Ksiądz proboszcz to wszystko przewidział, dlatego chodząc ostatnio po kolędzie, zostawiał „Przypomnienie o obowiązkach i prawach wszystkich wiernych”, gdzie powtórzył żądane sumy za niesprzątanie plus dobrowolne ofiary na budowę kościoła co miesiąc.

Z tą budową też są jaja. Bo kościół św. Alberta w Bartoszycach budowany jest nieprzerwanie od 19 lat. To znaczy, kościół dawno stoi, ale proboszcz nadal prowadzi kwestę na budowę. Wszystko dlatego, że proboszcz podstępnie kazał wybudować świątynię w stylu minimalistycznym, z odsłoniętymi cegłami, kanciastym ołtarzem i bez zdobnych kolumn. We wszystkich bartoszyckich domach obowiązuje styl dekoracyjny – na każdym stole ażurowe serwety, podłogi szczelnie zakryte dywanami, okna zasłaniają zasłony i podwójne firanki, wszędzie nadmiar, przepych. Z tego punktu widzenia kościół św. Alberta zawsze będzie wyglądał jak niedokończony, jak mieszkanie bez zasłon i dywanów.

Żeby nie było, że proboszcz żartuje albo tylko parafian straszy, zaznaczył w dekrecie sankcje: niepłacenie szmalu wiązało się będzie z niewydawaniem niezbędnych zaświadczeń. Dla inteligentów zacytował nawet profesora Władysława Bartoszewskiego, którego proboszcz przytacza na mszach równie często co papieża: Jest grupa czynnych – ta godna jest pochwały, grupa nieczynnych wymagająca przekonywania, by się zaangażowali, a grupa krytykujących wszystko jest kategorią szkodników. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Proboszcz nie poszedł do chorej do szpitala na ostatnią posługę, bo nie dała na sprzątanie ani nie przyszła sprzątać. Ale jak miała sprzątać, skoro w szpitalu na raka umierała. Proboszcz powiedział, że nie ma czasu, bo ma zjazd biskupów i odsłonięcie pomnika św. Brunona. Jeśli to prawda, proboszcz idzie grubo. Dlaczego więc parafianie mają obsrane miny, jakby pokłócili się z samym Panem Bogiem. Przecież to intelektualiści, wykształceni mieszczanie. Sądzą się z ZUS-ami, urzędami skarbowymi, a nawet izbą celną, dlaczego się nie zbiorą i nie postawią księdzu, tylko łażą po gazetach żrących kler na śniadanie? Wszystko przez „Modlitwę za kapłana”, którą ks. proboszcz Hnatczuk rozdawał po kolędzie razem z rozliczeniami datków na kościół: Polecam ci Boże jego duszę i ciało, jego wszystkie trudy i dolegliwości. Otaczaj go życzliwymi ludźmi, aby nieskalanym sercem i umysłem zawsze Tobie służył. Amen. I co można, czytając coś takiego, o sobie pomyśleć, jak tylko to, że się najwyraźniej Boga odrzuca. Zwłaszcza że od księdza proboszcza to przecież życie i śmierć zależą: i chrzest, i komunia, bierzmowanie, ślub, a później pogrzeb. Dlatego młodzi parafianie, studenci, mają na proboszcza sposób. Na nic nie narzekają tylko fikcyjnie się przemeldowują do okolicznych miast, żeby nie figurować w spisie parafian i żeby ksiądz tych comiesięcznych opłat im nie naliczał i w razie czego normalnie udzielił ślubu.

Dzwonię do księdza proboszcza – nie chce rozmawiać, ale gosposia po cichu mówi mi, że w związku z opłatami na kościół nie było żadnego protestu parafian, żadnego zbiorowego pisma z podpisami, nic kompletnie. A w parafii zarejestrowanych jest ponad 6 tys. ludzi. Widocznie wszyscy się zgadzają i popierają proboszczową inicjatywę. Dopiero gdy pytam o pokera, gosposia odkłada słuchawkę.

W olsztyńskiej kurii, pod którą podlega parafia św. Alberta, też nic nie wiadomo o ultimatum proboszcza w sprawie forsy, bo nikt się nie poskarżył. Rzecznik kurii nie uważa jednak, żeby wyliczenie i egzekwowanie stałych opłat od parafian, było czymś złym, bo jakoś przecież trzeba tę trzódkę zmobilizować. Są inne czasy, nastał kryzys światowy, a ksiądz proboszcz nie potrafi zmieniać wody w wino. Na dodatek musi od każdego parafianina raz na kwartał odprowadzać do kurii podatek ryczałtowy, który kuria przekazuje następnie do Stolicy Apostolskiej i na różne kataklizmy, jak ostatnio na Haiti.

Idę na mszę bartoszyckiego proboszcza. W ławkach siedzą wszyscy moi informatorzy, spuszczają głowy, udają, że mnie nie znają. Tutaj Bóg na pewno wszystko widzi. Ile wiary, tyle ofiary – grzmi proboszcz z ambony, a za nim zakrwawiony Chrystus na krzyżu jakby przewracał oczami.

[2010] NIE.pl Nr 5/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: