FiM – Sąd specjalnej troski

Świecka Temida orzekła, że ksiądz nigdy nie kłamie, bo jest księdzem, a składanie skarg do biskupa to objaw agresji…

Wyrokiem Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej z 24 kwietnia 2014 roku obywatel Rzeczypospolitej Polskiej został skazany za to, że kierując samochodem osobowym ośmielił się zatrąbić („nadużył sygnału dźwiękowego”) na jadące przed nim auto, którym podróżował proboszcz ze swoją gosposią, po czym wyprzedził ich i zatrzymał się w sposób na tyle zuchwały, iż świątobliwy mąż był „zmuszony do gwałtownego hamowania i zjechania na chodnik”, zaś winowajca wysiadł, podszedł do kapłańskiej limuzyny i użył „w miejscu publicznym słów nieprzyzwoitych”.

Inkryminowane wydarzenie miało miejsce w Janowie Podlaskim, a kierowcami byli: 50-letni Krzysztof W. oraz ksiądz Stanisław Grabowiecki, 58-letni proboszcz jedynej w tym mieście parafii Trójcy Świętej (sprawuje także funkcję dziekana). Proces toczył się z oskarżenia publicznego wniesionego przez miejscowy Komisariat Policji dowodzony przez st. aspiranta Karola Kurusia, a duchownemu przyznano status oskarżyciela posiłkowego. Składowi orzekającemu przewodniczył sędzia Piotr Pietraszek, który po czterech rozprawach zakomunikował stronom, że „z uwagi na zawiły charakter sprawy” wyrok wyda dopiero na kolejnej, piątej. No i wydał: 300 zł grzywny. Orzeczona dolegliwość pieniężna jest symboliczna, ale symbolizuje mentalność organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w regionach silnie zdominowanych przez Kościół. No i człowiek ma status karanego.

Był to klasyczny przykład sprawy typu „słowo przeciwko słowu”. Przedstawione przez obu kierowców wersje różnią się radykalnie, więc nie zamierzamy dociekać po czyjej stronie leży prawda. Bardziej istotne są poczynania policji i logika sądu.

Oto przebieg zdarzenia widziany oczami zainteresowanych:
– Jechałem razem z córkami na działkę. Na wysokości wyjazdu z plebanii stał samochód terenowy. Prawie na środku jezdni, stanowił zagrożenie. Zatrzymałem się za nim i po chwili zatrąbiłem. Kierowca nie zareagował. Wysiadłem i podszedłem do auta. Rozpoznałem proboszcza (był po cywilnemu), bo czasem chodzę do kościoła. Oprócz niego w środku była jakaś kobieta. Mówię do niego: „Człowieku odjedź, bo wezwę policję”. On: „Tutaj się nie trąbi”. Pasażerka dodała lekceważąco: „Nie ma z kim rozmawiać”. Odszedłem. Ksiądz po chwili ruszył, a my pojechaliśmy zgodnie z planem na działkę. Nie używałem żadnych wulgaryzmów, bo przecież tuż obok siedziały moje dzieci – twierdzi Krzysztof W.

Jego wersję w pełni i bez żadnych rozbieżności potwierdziły w sądzie córki (13-letnia i 23-letnia) przesłuchane w charakterze świadków.

Proboszcz zeznał, że był umówiony na kawę w zakładzie pogrzebowym Andrzeja G. Razem z gosposią Zofią G. wyjechał autem z plebanii i po 20–30 metrach (poruszał się z prędkością 20 km/godz.) usłyszał z tyłu „przeraźliwy sygnał klaksonu”. Zbliżył się do krawędzi jezdni, żeby umożliwić nieznanemu kierowcy wyprzedzenie. Tamten w trakcie wymijania machał rękami, a chwilę później zajechał mu drogę „po piracku” tak, że musiał „z piskiem hamować i wjechał na chodnik”. Krzysztof W. wyskoczył z samochodu, „przyjął pozycję boksera” i „zaczął używać obelg” typu „nie będziesz tu rządził” oraz miotał wyzwiskami. Gdy napastnik wreszcie odjechał, ksiądz natychmiast udał się na komisariat. Spotkał w drzwiach wychodzącego st. aspiranta Kurusia, któremu zdał relację, a komendant zaprosił go na złożenie zeznań w jakimś innym dogodnym terminie, bo akurat nie miał pod ręką wolnego funkcjonariusza. Świadek pojechał następnie do zakładu pogrzebowego, gdzie rozmawiał o incydencie z Andrzejem G. Wersję proboszcza potwierdziła w sądzie Zofia G., a policjant i grabarz opowiedzieli tylko to, co od niego usłyszeli…

– Było dokładnie tak, jak mówiłem do protokołu. Pojechałem na posterunek, bo sprawca straszył mnie i ubliżał, więc poczułem się zagrożony. Towarzysząca mi siostra zapisała numery tego samochodu, więc nie było problemu z ustaleniem sprawcy. Ja nie zgłaszałem żadnego wniosku o ściganie, to był pomysł policji. Zgodziłem się dopiero po przesłuchaniu pana W., gdy okazało się, że kłamie i jeździł na skargę do biskupa. Policja mnie o wszystkim informowała. Powiedziałem: „Proszę bardzo, skoro tak się zachowuje, to robimy mu sprawę” – tłumaczy „FiM” ks. Stanisław.

Sąd zważył co następuje (cyt. z uzasadnienia wyroku):
* Zeznań córek Krzysztofa W. „nie można uznać za bezstronne, a wprost przeciwnie”, zaś relacja starszej (studentka uniwersytetu) jest wręcz kłamliwa, bo nie miała prawa po sześciu miesiącach dokładnie pamiętać zdarzenia, „które z jej punktu widzenia nie rodziło jakichkolwiek skutków i do którego nie musiała przywiązywać dużej wagi”;

* Opowieści ks. Stanisława i Zofii G. są identyczne oraz „bezsprzeczne i niezmienne”. Choć pani G. „jest osobą pracującą na rzecz świadka, zaś zbieżność nazwisk może świadczyć o pokrewieństwie”, to „spójność i brak jakichkolwiek rozbieżności między tymi zeznaniami przemawia za ich całkowitym uwzględnieniem”. Zwłaszcza dlatego, że „świadek Grabowiecki jest osobą duchowną nie powołaną do wypowiadania kłamstw, czy też bezpodstawnego krzywdzenia i oczerniania innych ludzi”(sic!);

* „Fakt wzburzenia [księdza] bezpośrednio po zdarzeniu potwierdzają obiektywni świadkowie mający z nim kontakt – Karol Kuruś i Andrzej G(…)”;

* Krzysztof W. „w dalszym ciągu przejawia agresywną postawę wobec świadka [ks. Grabowieckiego], o czym świadczy fakt, iż interweniuje u jego zwierzchnika, jakim jest biskup (ordynariusz diecezji siedleckiej Zbigniew Kiernikowski, od niedawna biskup legnicki – dop. red.)”, a nawet „uzyskał zgodę na spotkanie, o które z pewnością nie zabiegał biskup i nie był jego inspiratorem”.

Gwoli ścisłości dodajmy, że ta niezachwiana „pewność” sądu wynika wyłącznie z doświadczenia życiowego, bo nikt z kurii nie został przesłuchany, ani też nie złożył jakiegokolwiek oświadczenia.

Tak orzeka się „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” na tzw. ścianie wschodniej i zapewne nie tylko tam. Dopiero teraz dokładnie zrozumieliśmy, dlaczego bp Kiernikowski ośmielił się zażądać niegdyś od sądu uwolnienia aresztowanego pedofila (por. „Wolna miłość” – „FiM” 11/2009), żeby „uszanować godność kapłańską księdza Zbigniewa Sz(…), a nadchodzące święta pozwoliłyby mu zastanowić się nad jego losem” i nie w jakiejś zapchlonej celi, lecz „w domu parafialnym w Białej Podlaskiej lub w Domu Zakonnym Ojców Paulinów w Leśnej Podlaskiej”…

[2014.05.29] FaktyiMity.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: